Obyś w ciekawych czasach pilotował cz. 1, post gościnny Longiniusza Łuczaka

kulampo

Jeżeli mnie, pilota wycieczki, izraelski kierowca pyta kulampo? (hebr.) – czy wszyscy są? to ja zadaję pytanie Wam kulampo? – wszyscy są? Jeżeli tak, to yalla (arab.), jedziemy.

Do hali przylotów na lotnisku Ramon w Ejlacie tym razem wszedłem jako pierwszy pasażer samolotu z Warszawy. Agnieszka, oczekująca z ekipą na transfer na granicę izraelsko-jordańską, zdziwiona wykrzyczała cicho „a torba gdzie…?”. Tak bardzo tym pierwszym chciałem być, że zapomniałem, że kontrole kontrolami ale dobrze byłoby zabrać jeszcze swoją torbę z taśmociągu.

Podziałało jak zimny prysznic. Równie zdziwiony ochroniarz, łamiąc wszelkie możliwe regulaminy, zgodził się abym wrócił, wszedł za mną i nie odstępował ani o krok. Kiedy wyszedłem Agnieszka ponownie rzuciła mimochodem „co ta torba może oznaczać?”.

Była sobota, 29 lutego 2020 roku. Ogólnoświatowa pandemia koronawirusa covid19 rozkręcała się na całego. W Izraelu już był, w Polsce pojawił się cztery dni później. Przyleciałem tym razem na cztery grupy, do domu wróciłem razem z drugą po dwóch tygodniach.

Wieść, że koronawirus jest w Betlejem gruchnęła z samego rana w czwartek 5 marca. Ulokował się w hotelu Angel w dzielnicy Bet Jala. Po południu mieliśmy zwiedzać bazylikę Narodzenia Pańskiego i wrócić na dwa ostatnie noclegi do hotelu Eman Regency w dzielnicy Bet Sahour, w sąsiedztwie którego znajduje się

mural Banksy’ego Flower Thrower („Rzucający kwiatami”)

Ta sama wieść niosła również, że bazylikę zamykają, a to żelazny punkt programu prawie każdej grupy turystycznej. Ułożyliśmy z przewodnikiem Filipem plan awaryjny co pokazać w zamian w Jerozolimie, kiedy przed 15.00 okazało się, że zamknięcie nastąpi o 16.00…

Dojechaliśmy w jakieś czterdzieści minut. Na piętrowym parkingu w pobliżu bazyliki stały trzy autokary – zwykle dziesięć razy więcej. Było oczywiste, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Pod bazyliką osadziły się ekipy dziennikarskie światowych mediów.

Czekały żeby uwiecznić moment zamknięcia najważniejszej obok bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie świątyni chrześcijańskiej świata. Poza tym pusto, nie było nawet palestyńskiego policjanta, który rejestrował każdą wchodzącą grupę, co oznaczało, że do wnętrza można było wejść bez lokalnego przewodnika…

Do Stajenki, czyli miejsca narodzenia Chrystusa, która jest sercem bazyliki, weszliśmy praktycznie z marszu. Bywa, że w szczycie sezonu turystycznego w kolejce stoi się tu nawet trzy godziny. Za nami weszła jeszcze grupa pielgrzymów z Rumunii.

Kiedy wychodziliśmy wejście do bazyliki było już zamknięte.

Naszą grupę ujął w obiektyw m.in. reporter The New York Post

czym nie omieszkaliśmy podzielić się na facebooku, whatsappie, messengerze itp. z rodzinami, znajomymi i resztą świata.

https://nypost.com/2020/03/05/bethlehems-storied-church-of-the-nativity-closes-amid-coronavirus-fears/?utm_source=email_sitebuttons&utm_medium=site%20buttons&utm_campaign=site%20buttons

Nocny whatsapp

W hotelu zarekomendowałem turystom żeby nie wychodzić na zewnątrz, chyba że w razie jakiejś absolutnie najwyższej konieczności. Piątkowy program rysował się luźno więc śniadanie zamówiłem na 7:00, a wyjazd z hotelu ustaliłem na 8.00, która w „upakowanym” programie objazdówki jest godziną wręcz luksusową.

Przed zaśnięciem wyłączyłem jak zwykle internet w telefonie, żeby o niepożądanych porach dzwonki powiadomień nie wyręczały budzika. Tknięty jakimś przeczuciem, podminowany przecież atmosferą niezwykłości sytuacji, podłączyłem się pod świat wirtualny po przebudzeniu około czwartej nad ranem i zobaczyłem, że późnym wieczorem kontrahent przysłał whatsappa „próbuj wyjechać z hotelu przed 7:15”…

Odruchowo wysłałem pytanie „dlaczego?” zdając sobie sprawę, że głęboką nocą przecież nie odpowie… Po dwóch godzinach przyszła odpowiedź, że wszystkie punkty kontrolne (ang. check-points) na granicy palestyńsko-izraelskiej mają być zamknięte i żeby jechać przez Wadi Nar, biblijną Dolinę Ognia, wiodącą przez rzadziej odwiedzaną przez turystów część Palestyny.

Michał przysłał informację, że o ósmej zamykają granicę. A program i ostatni nocleg w Izraelu! I okazuje się, że naszego autokaru pod hotelem nie ma bo kierowca pojechał spać do domu w Jerozolimie!

Instrukcja postępowania w sytuacjach awaryjnych mówi, że pilot ma się najpierw zająć sobą, żeby mógł pomagać innym. Wobec tego ewakuacja bagażu własnego, walizki Wiktora, który miał tu ze swoją grupą wrócić i służbowego – w hotelu założona została tzw. baza sprzętu TGS, zwanego potocznie słuchawkami – po czym pukanie do każdego pokoju, żeby sprawdzić czy wszyscy wstali, komunikat przez drzwi że śniadanie w tempie ekspresowym, wyjeżdżamy 7:30.

Kierowca podjechał o 7:40. Właśnie zaczął padać deszcz. Pakowanie bagaży do autokaru, sprawdzenie czy wszyscy są, przypomnienie czy każdy ma swój paszport i zabrał z pokoju swoje rzeczy – bez szans żeby zdążyć przed zamknięciem granicy. Pozostała nadzieja, że punkt kontrolny pod El Azariją na Wadi Nar będzie otwarty dłużej.

Odetchnąłem głęboko z ulgą, kiedy zobaczyłem że ten check-point jest …pusty. Ani żywego ducha, kto chce może wjeżdżać, kto chce wyjeżdżać. Zaskoczenie było tak duże, że podejrzenie „a może będzie po drodze jeszcze jakiś patrol?” towarzyszyło aż do wyjazdu z Palestyny.

Z relacji innych pilotów wynikało, że na Bet Jala i przejściu granicznym zwanym „trzysta” – najkrótsza trasa z Betlejem do Jerozolimy, w pobliżu Grobowca Racheli – autokary stały ciągle przed szlabanem lub wręcz zawracały szukając innego przejazdu. Rozesłałem na whatsappie wici, żeby kto może niech jedzie na Wadi Nar.

Na postoju w Lido, już nad Morzem Martwym, ktoś nieśmiało zapytał: – Panie Lolku, to my jesteśmy już w Izraelu? – A to nie mówiłem, że tak? Skojarzyłem, że na pewno pokazywałem rondo za El Azariją gdzie kończy się Palestyna, a zaczyna Izrael, ale dokończyłem tylko: – Oczywiście, że tak!

Przydałoby się trzęsienie ziemi

Nad Masadą przetaczała się burza. W dolinie M. Martwego temperatura latem regularnie przekracza 40 st. C. Kiedy turyści podziwiają w jak genialny sposób Herod Wielki zaprojektował  system zaopatrzenia w wodę twierdzy zbudowanej na niedostępnym płaskowyżu, na którym nie ma i nie było naturalnych źródeł, oglądają model tego systemu, patrzą na wykute w litej skale kanały i cysterny, opowiadanie o deszczu na pustyni brzmi jak bajka o żelaznym wilku. A tu proszę, początek marca.

Na Pustyni Judzkiej, która górami Sodom (tu gdzieś znajdowała się biblijna Sodoma i Gomora…) przechodzi od zachodu w dolinę M. Martwego, o wiele więcej ludzi zginęło w powodziach niż z pragnienia. Bywają całe lata kiedy nie spadnie ani kropla deszczu, ale kiedy już przyleje to prawdziwe oberwanie chmury.

I niech nikogo nie zwiedzie, że na błękitnym niebie nie ma żadnej chmurki. Wystarczy, że ulewa przeszła nad pobliską Wyżyną Judzką, gdzieś nad Jerozolimą i woda z ponad 800 metrów nad poziomem oceanu światowego spływa wartko w dolinę Morza Martwego, minus 430 metrów poniżej poziomu tegoż oceanu.

W wysuszonych na pieprz wąskich parowach zabiera kamienie, głazy i błyskawicznie zamienia się w rwące górskie potoki spadające brunatnymi jak tutejsze skały wodospadami ku morzu, gdzie w latach 40. XX w. znaleziono słynne zwoje znad M. Martwego, zawierające najstarsze znane egzemplarze Starego Testamentu.

Za oazą En Gedi lawina błota i kamieni zatarasowała drogę. Służby drogowe wstrzymały ruch. Dla turystów znakomita okazja żeby wyjść z autokaru i zrobić atrakcyjne zdjęcia i filmiki. Wkrótce ruszyliśmy oglądając kolejne brunatne wodospady.

Na wypowiedzianą przez turystkę znużonym głosem uwagę, że to znowu to samo ktoś rzucił „no jasne, przydałoby się trzęsienie ziemi…”

Przez punkt kontrolny Ma’ale Adummim pod Jerozolimą autokary turystyczne przejeżdżają zwykle za łaskawym skinieniem izraelskich żołnierzy-wartowników. Tym razem kierowca każdego autokaru pytany był skąd grupa przyjeżdża. Kiedy usłyszeli, że rano wyjechaliśmy z hotelu w Betlejem skierowali nas natychmiast na pobocze.

Na pozwolenie na dalszą jazdę czekaliśmy jakieś pół godziny. Covidowe procedury stanowiły zapewne, że taką grupę trzeba zgłosić, odpowiednio zaewidencjonować, na wypadek stwierdzenia zakażenia – „zapewne” bo nikt nie był uprzejmy udzielić stosownej informacji, nikt też do autokaru nie wszedł bo i po co skoro byliśmy przecież w „koronawirusowym” Betlejem!

Do hotelu Victoria w Jerozolimie, w którym nas awaryjnie zakwaterowano jechałem po raz pierwszy. Wiedziałem jedynie, że znajduje się we wschodniej, arabskiej części miasta, w pobliżu murów starówki.

Lało jak z cebra. Jak tylko podjechaliśmy bagażowi zaczęli wyjmować walizki z luku bagażowego. Wszedłem do recepcji, za mną pierwsi turyści z bagażami, a tu okazuje się że to …nie ten hotel. Czekali, owszem, ale na inną grupę. Nikt nie uznał za stosowne poinformować pilota, że nasz hotel położony jest przy wąskiej, bocznej uliczce, w którą autokar nie wjedzie, więc zatrzyma się przy hotelu National, a stąd kilkadziesiąt metrów z walizkami na piechotę. Akurat w deszczu.

cdn.

Lolek, czyli Longiniusz Łuczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.