|

Kiedy pacnąć, a kiedy leczyć? Oto jest pytanie.

Pewnego razu pilotowałem grupę do Wenezueli,  kraju przepięknej urody. Urody nie tylko natury. Tam doświadczyłem kilku ciekawych incydentów, wartych odnotowania. Głównym bohaterem był kruchej postury uczestnik, którego umownie nazwijmy panem R.[1] 

Incydentalnie

Pierwszy z incydentów nastąpił podczas lotu wewnętrznego małym szybkim samolotem typu Jet Stream (taki dżecik na  ok. 20 osób). Przeprowadziłem turystom briefing na przelot i wkrótce rozpoczęliśmy lot. W najbardziej nieodpowiednim i niepożądanym  momencie lotu, tak z niczego, pan R. rozpiął pasy, wstał i zaczął filmować wnętrze samolotu. Samolocik nie posiadał żadnej obsługi długonogich stewardess, więc jedna z uczestniczek wyprawy zwróciła mu grzecznie uwagę, żeby usiadł i zapiął pasy. Ponieważ siedziałem tuż przy pilocie, nie  zauważyłem scenki. 

Bardzo szybko okazało się, że pan R. jest furiatem i ma trudności z kontrolowaniem swoich emocji, więc natychmiast wściekł się i wybuchła pokładowa kłótnia. Po mojej interwencji i początkowo dyplomatycznej perswazji pan R.  w efekcie obraził się na mnie,  jak mały chłopczyk. Oświadczył, że od tej chwili już ma nie tylko dzień zepsuty, ale także całą wycieczkę. Następnie zamknął się w sobie i obrażony siedział nawet wtedy, gdy pokazywałem i wyjaśniałem piękne okoliczne widoki, za które ludzie zapłacili, aby je właśnie zobaczyć.  Zaskoczył mnie po raz pierwszy. 

Jak babcia uczyła, śniadanie najważniejsze

Kolejny incydent miał miejsce podczas śniadania.  Kelnerka (niezwykle atrakcyjna Wenezuelka należy dodać, bo tak ważnych informacji pomijać nie wolno) zwróciła panu R. uwagę, że jest nieodpowiednio ubrany (koszulka na ramiączkach).  Według hotelowych, jasno określonych przepisów (informacja o odpowiedniej formie ubioru widniała na drzwiach). Pan R. został poinformowany, że obsługa nie będzie mogła obsłużyć go przy stoliku tj. donieść kawy, czy herbaty itp. chociaż śniadanie mógł oczywiście spokojnie zjeść, ponieważ serwowano szwedzki bufet. 

Pan R.  się zagotował! Wyskoczył z m…dą, że dzień wcześniej nikt mu nie robił takich uwag,
a był w tej samej koszulce! Poza tym inne panie turystki  – jak zauważył – były podobnie ubrane, więc czego się kelnerka do niego przyczepia?! Wyjaśniłem grzecznie przy pełnej gości hotelowych sali śniadaniowej o co chodzi, przetłumaczyłem z hiszpańskiego, po czym pan R. oświadczył, ze w takim razie on nie chce mieć nic wspólnego z tym hotelem i wykrzykując wybiegł z restauracji. Nie wyszedł, tylko WYBIEGŁ. Czujecie temat – gościu nagle wstaje i wybiegaaaaaa z restauracji.

Hotelowi dziękujemy

Po chwili przybiegł do mnie pracownik hotelu, abym udał się do recepcji. Okazało się, ze pan R. poszedł do swojego pokoju, zabrał szybko walizkę, zjechał z nią do recepcji, w recepcji splunął na podłogę, coś im powiedział po polsku (nie zrozumieli, ale mogli się domyślać), po czym z walizką opuścił hotel. 

Wyszedł poza jego teren tj. poza  ogrodzenie i budkę z ochrona.  Tym razem ja wybiegłem – przede wszystkim wyjaśnić o co chodzi. Obrażony na hotel powiedział, ze jego noga więcej tam nie postanie. I tu idealnie mogłem mu pójść na rękę, bo właśnie mieliśmy się wymeldować. Poprosiłem żeby wrócił.  Nie zgodził się, poprosiłem o jego walizkę informując go, że tu gdzie stał jest niebezpiecznie,  a lokalesi mogą się chętnie jego walizką zaopiekować w 3 sekundy. Tu jakoś dał się przekonać. Wziąłem walizkę, aby zapakować ją do busa. Nie udało się jednak przekonać pana R. żeby wrócił do hotelu, więc poczekał, aż bus wyjedzie za bramę. Obraził się i chciał czekać na autobus poza terenem hotelu. 

Poprosiłem ochroniarza, aby miał na niego oko i informował mnie przez recepcje o jego zachowaniu, na wypadek różnych jego pomysłów, podczas gdy ja przygotowywałem grupę do wyjazdu. Na szczęście nic mu się nie stało, chociaż okolica mało komfortowa, a pan R. – chucherko, miał przy sobie małą torbę i torbę z aparatem fotograficznym. W Wenezueli – idealny targecik na szybki zarobek. 

Honor?

Ponieważ na śniadaniu nie zjadł nic, przyniosłem mu zrobione przeze mnie kanapki, owoce i wodę.  Jakie było moje zdziwienie, kiedy dając mu kanapki wściekł się, bo niby go właśnie poniżyłem (????), ponieważ on stanowczo nie chciał już  niczego z tego hotelu. Po czym się zamknął w sobie, do nikogo się nie odzywał, a gdy częstowałem wszystkich owocami – jego próbowałem nie pominąć – to ostentacyjnie odmawiał. 

Na przystanku sklepowym pan R. chciał, jak sam powiedział –  kupić coś sobie do picia i jedzenia i że ja nie pomogłem mu językowo.       ???!!!       OMG przecież słuch i pamięć mimo wieku jeszcze mam. Na pytanie, czy mnie zapytał, albo poprosił, żebym cokolwiek  przetłumaczył w sklepie, powiedział, że mówił przy ladzie, ale ja nie chciałem mu pomoc.    ?!?

Czy przyroda koi nerwy?

Podczas pobytu na Delcie Orinoko zabrałem turystów łodzią na przepiękny zachód słońca. Poprosiłem współpracownika, aby serwował każdemu drinki oraz colę i była super miła atmosfera. Zachód słońca, romantyzm, przyroda, bajka.  Ekstazę przerwała afera. Pan R.  podobno chciał colę bez lodu, a dostał z lodem i się rozwścieczył, że wszyscy się na niego uwzięli, że jest zakałą wycieczki, po czym… obraził się, zamknął się w sobie (to już znamy) i do nikogo się już nie odezwał. 

Jak mama uczyła, lunch i obiad najważniejsze

Kolejny incydent miał miejsce przed lunchem u Indian Warao. Pan R. nie przyszedł na posiłek, więc poszedłem zapytać czy przyjdzie, bo wszyscy już zaczęli jeść. Oburzył się na mnie mówiąc, że „on nie będzie jadł resztek z Pańskiego stołu!”  Zapytałem dlaczego tak sądzi. Jedzonko smacznie przygotowane świeże, a wg pana R., to resztki. Nie uzyskałem racjonalnego uzasadnienia. Nie przyszedł na obiad oświadczając, że przyjdzie wieczorem.  

Pan R. przyszedł na kolacje. Po posiłku poszedłem do niego na kolejną rozmowę. Pozwolił mi wejść do szałasu. Chciałem mu pomóc wyjaśnić dla mnie niezrozumiałe sytuacje, ale nie przyjmował żadnych argumentów.  Udało mi się jednak się wyciągnąć informacje skąd takie jego nastawienie. Poinformował mnie, że nie wstawiłem się za nim u kelnerki (niezwykle atrakcyjnej Wenezuelki należy dodać, bo tak ważnych informacji pomijać nie wolno) i że go poniżyłem przy wszystkich przynosząc mu zrobione własnoręcznie hotelowe śniadanie.

Oświadczył też, że żąda ode mnie, abym następnego dnia rano odwiózł go łódką (ok 3 h w jedną stronę) do portu, a następnie 10 godzin jazdy na lotnisko. Chciał wracać do domu i nie chciał już więcej uczestniczyć w wycieczce. Powiedziałem, ze porozmawiamy o tym następnego dnia, nie chcąc zaprzeczać, bo nie wiedziałem, co może jeszcze do rana zrobić.  Byliśmy w środku dżungli kilka godzin jazdy łodzią do cywilizacji. 

Podczas wieczornej pana R. przerwy na papierosa podjąłem kolejną próbę rozmowy, której przysłuchiwali się turyści. Dziwne, ale jakoś nadal w miarę zachowywałem spokój. Nie znam siebie takiego, ale człowiek uczy się przez całe życie. 

Przelało się

Ponieważ moje argumenty nie trafiały do pana R., aż w końcu jeden z uczestników wycieczki, nie przebierając w słowach, wstał i zj… go przy wszystkich, jak kota. Wyjaśnił mu po polsku, żeby przestał, bo mamy konkretne cele turystyczne do zrealizowania, a jedna osoba, czyli on nie będzie tu wprowadzać swoich kaprysów, jak dziecko.

Było ostro, ale bez rękoczynów. Pan R. zagroził mi tylko, że on mi jeszcze pokaże i że na pewno go zawiozę na samolot. Przypominam, że byliśmy oddaleni od cywilizacji. Poprosiłem Indian, żeby też mieli oko na niego w nocy, na wypadek czegokolwiek. Nie miałem pojęcia czy nie wskoczy do piranii, czy nie ciapnie go kajman, czy może nakłuje się mrówkami pociskowymi (Paraponera clavata).

W nocy o dziwo nic się nie wydarzyło. Moja grupa starała się go nie alienować widząc jego kłopoty psychiczne.  Rankiem, chociaż nadal obrażony, pan R. zaczął uczestniczyć w życiu grupy i jakby nieco przycichł – ponownie potwierdziło się, iż polska zjebka swą magiczną moc posiada.  Nie został odwieziony na żadne lotnisko i pozostał pod moją opieką do końca wyprawy, chociaż kajmany mnie tak prosiły…

Czasami w takich sytuacjach chciałoby się załatwić temat krótko, po męsku, ale w przypadku ludzi chorych i za taką osobę uznałem pana R.  poczułem o dziwo nić empatii i postępowałem delikatnie. Efekt zmiany odniosła ostra reakcja jednego z towarzyszy podróży.  Żal człowieka, który pcha się
w świat półświadomy swoich psychofizycznych możliwości. Zadawałem sobie wielokrotnie pytanie: kiedy pacnąć, a kiedy intensywnie leczyć? Poznałem też siebie bliżej. Od czasu tej historii …zamknąłem się w sobie.

Żartowałem . Stay cool !


[1] zbieżność liter przypadkowa

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *