Gruzja jest tylko jedna

Ta na Kaukazie. Ta Georgia. THE Gruzja.

Po zakończeniu udziału w programie telewizyjnym, obiecałem koledze, że pojedziemy kiedyś razem do Gruzji. Cierpliwość Maria została wystawiona granic możliwości. W  życiu zarobiony jestem,
a ściślej mówiąc – zalatany, zatem umówienie wspólnego wyjazdu było to dla mnie duuuużym wyzwaniem. Obietnicę spełnić chciałem, ale to Mario zmobilizował mnie kupując bilety lotnicze.  Nie pozostało mi nic innego, jak ich nie zmarnować.

Męski wypad

Polecieliśmy do Gruzji łącznie  w pięciu. Sami faceci.  Niezłe grono. Zabraliśmy ze sobą paralotnię
i planowalilśmy objechać Gruzyjkę na ile to było możliwe. I tak zrobiliśmy. Wypożyczona Toyota Land Cruiser nie przypuszczała wtedy jeszcze, na jakie próby ją wystawimy.  Męski wyjazd narysował ciekawą, czasami niebezpieczną przygodę. 

Polecieliśmy do Kutaisi, skąd marszrutką udaliśmy się do Tibilisi. Tam, poznaliśmy miasto dniem, nocą, samochodem i metrem, do którego zjeżdża się schodami tak głęboko, jak do kopalni.   

Boskie są klimaty Tibilisi. Od historycznych budowli, po nowoczesność (piękny most na Kurze i kolejka na wzgórze), od samochodów nówek fur, po stare Moskwicze, Niwy i Wołgi.  Kontrasty na każdym kroku, co jest piękne i ciekawe. 

Chaczapuri w Gruzji to niebo w gębie.

Jedzonko w restauracjach i w ulicznych budkach przepyszne i jak dla nas stosunkowo tanie. Czuliśmy się pod tym względem jak króle.  Poszliśmy do gruzińskiej łaźni, tzw. bani, oraz zobaczyliśmy jak się Gruzini bawią nocą.  Jeden z kolegów nawet zaczął pisać kartkę pocztową do mamy treści: Kochana mamo, poznałem piękną dziewczynę. Chwilowo tańczy na drążku…  Po jednej jedynej nocce w Tibilisi kulaliśmy z naszego zakochanego kolegi już przez cały nasz wyjazd. 

Kachetia, czyli wschodnia Gruzja powitała nas winem, pięknymi widokami, stacjami benzynowymi widmo, zamkiem na skarpie. Zamkiem, na który po stromych górach i kamieniach weszliśmy bez zabezpieczeń – debile skończone. Ledwie zdjęcia zrobiliśmy na górze, tak nam się ręce trzęsły ze strachu, a jeszcze trzeba było bezpiecznie zejść. 

Mądry Polak…

Potem wybraliśmy się samochodem drogą, która na mapach widniała tylko jako szlak pieszy, a którą nie chcieliby pojechać nawet najtwardsi lokalesi za pieniądze. W efekcie musieliśmy ratować siebie
i samochód, który prawie spadł nam ze skarpy. Wypakowaliśmy bagaże dokonaliśmy zabezpieczeń, odgliniliśmy w miarę opony, wypisaliśmy testamenty i wspólnymi siłami z Mariem za kierownicą (jego poświęciliśmy) uratowaliśmy siebie i samochód. Cudem. A to dopiero drugi dzień pobytu był.  

Następnie polataliśmy na Tomka skrzydle widząc w oddali Azerbejdżan, a pasterze i pieski od owieczek obserwowali nasze wygłupy. Zabrane z Polski żubróweczki otwierały jednak drzwi i pogłębiały stosunki międzynarodowe na naszej trasie. A było ich sporo. 

Znajomość języków obcych po czaczy

Rzadko kto z nas rozmawiał na początku po rosyjsku, ale musielibyście nas słyszeć po czaczy (gruzińskim 60% samogonie)!  Skuteczność komunikacji 100%. Z Czeczenami się układaliśmy, a Kistowie nie mogli nas zrozumieć, ale pokazali z daleka Dagestan. Ormianie zaprosili na bibę – kolega mnie trzymał, żeby zadymy nie było, bo co niektórzy na imprezie zazdrośni o nas byli. Koledzy upijali Gruzinów, a międzynarodowi turyści spotkani na trasie długo nas nie zapomną. 

Gruzja, Georgia
Na sportowo

Pojeździliśmy w Kachetii konno. Pół dnia, a ponieważ to koniki stepowe, więc nasza przejażdżka nie należała do jakiś tam popierdółek. Konie stepowe ciągną i ścigają się na wietrze, jak dzikie. Ledwie zdołaliśmy na te gruzińskie konie wsiąść, a one natychmiast porwały nasze tyłki niemal do nieba. Ufff niezły hardcore.  Były też ofiary. Mario do dziś chodzi jak John Wayne z ranami, mam nadzieję, już zagojonymi, a mój i Kuby rumak nadal galopują i galopują i się ścigają. Same. My im nie byliśmy potrzebni. 

Postanowiliśmy też pojeździć na nartach, więc udaliśmy się drogą wojenną tuż przy Południowej Osetii (Ruskie zabrali, podobnie jak Abchazję i nadal okupują, jak Krym) do miejscowości Gudauri.  Kolega Tomek od paralotni nie tylko pojeździł na snowboardzie, ale też zaliczył zlot z Górnego Kaukazu. Szacun!  Ja zostałem na nartach z Kubą,  a Marcin z Mariem śmignęli drogą śmierci
i pojechali samochodem do Kazbegi, czyli wyżej w kierunku granicy z Rosją.  Na tej drodze wcześniej też omal nie zginęliśmy, bo cudem uniknęliśmy wypadku. Wyprzedzali nas, jak to w Gruzji,  na trzeciego i czwartego, a barierka oddzielająca nas od rzeki w kanionie na pewno by nas nie zatrzymała. Mario osiwiał, ale nie spanikował, a Tomek stracił wszystkie włosy. To była prawdziwa Gruzja.

Gruzja, Georgia

Narty były czadowe, puste stoki, ale nie na tyle, żeby jakiś snowboardzista nie wjechał we mnie. I nie był to Tomek. Walnąłem polskiego orła do samego nieba, a potem „jeb” o glebę. Kijkami prawie wybiłem zęby, ale szczena po boksie zaprawiona, więc wyszedłem z tego szczęśliwie. Narty wypięły się ok, a snowboardzista padł bez dechu. Doszedł do siebie, kiedy chciałem go najpierw uratować, a potem mu wp…lić.  Ot taka narciarska przygoda.  Za to gruziński husky mnie polubił, chociaż Tomka bardziej, bo szaszłyka miał. 

Niepodważalna gościnność

Takich różnych atrakcji podczas naszego wyjazdu było sporo, dlatego namawiam wszystkich –  podróżujcie. Byle jak, ale ruszcie tyłki, bo supry, czyli gościnne kolacje Gruzinów oraz toasty Tamady (prowadzącego gościnę) są jedyne w swoim rodzaju. Efekt końcowy jest do przewidzenia, ale wznoszone tu toasty chyba nie mają sobie równych na świecie. I nieprawda, że trzeba pić alkohol, żeby Gruzina nie obrazić. Wystarczy ładnie wytłumaczyć, że jest się wszytym lub religia nie pozwala
i takie tam, aby spokojnie biesiadować i patrzeć na obficie zakrapiających pyszne jedzonko kolegów. By również być królem następnego dnia, odświeżać kolegom pamięć i wozić  ich zwłoki samochodem po pięknych okolicach, które będą pamiętać tylko ze zdjęć. 

W ramach naszego rozwoju kulturalno-duchowego, odchamialiśmy się w monastyrach, choć nie obyło się bez mini incydentu. Zwiedzaliśmy zamki i topowe atrakcje turystyczne, widzieliśmy nawet prawdziwe ślady dinozaurów „tyrków” (T-rexów)! I Serio –  nie po czaczy – na trzeźwo. Wstąpiliśmy też do kasyna, gdzie wygrałem kaskę i zainwestowałem w miód. 

Nad morzem

Żeglowaliśmy również po Morzu Czarnym, gdzie towarzyszyły nam delfinki. Zanim postawiliśmy żagle, to powędkowaliśmy z łódki, ale niczego nie złowiliśmy (głębokość od 26m do ponad 100, wiec wędki nie starczyło).  Może dlatego, że na łowiliśmy na trzeźwo? To przyczynę już znamy.    

W Batumi zafundowaliśmy sobie wyjście do restauracji „seafood”, aby potem po zapłaceniu rachunku już do końca wyjazdu żywić się niskobudżetowo.  Żartuję, ale smacznie było, chociaż zżarło nam całą kasę.

Ponownie w górach

Dalej głupotom naszym końca widać nie było, bo wybraliśmy się w drogę do Vardzii przez…góry…w kwietniu! Nawet najstarsi górale mówili nam, że oni by tamtędy nie jechali. Od tego dnia Toyota jest dla nas mistrzem świata. Sorki Toyotko za strome zbocza, dziury, brak mijanek, trzymetrowe zaspy, śnieg, błoto, przełęcze. Dałaś nam drugie życie o To Yo To ty!

Skrajnych głupot było więcej, ale powiem jeszcze o dwóch. Wchodząc do górskich jaskiń w Vardzii zamiast iść pieszo na górę –  wjechaliśmy z Mariem…oponą od Kamaza. Przyczepioną do liny drutem. Jakby się urwała, to spadlibyśmy w przepaść. Zero szans. Dopiero później przy wysiadaniu z opony zorientowaliśmy się, że pracownicy używali jej do zwożenia z gór kamieni. Starzy, a głupi.  Tak jak mogliśmy spaść z ruchomego, wiszącego, zabytkowego mostu częściowo bez desek. Cuda, cuda.

Gruzja, Georgia
Coś dla ducha

Dobrze się wymodliliśmy w monastyrach, chociaż i bez afer nawet w monastyrach się nie obyło, bo ktoś z nas (no dobra –ja) przysiadł delikatnie na ikonie, a jakiś ciapaty pod…lił do siostruni, a ta zamiast kulturalnie, to wyskoczyła na mnie z ryjem. Oops przepraszam,  niech będzie –
z podniesionym głosem. No to nie wytrzymałem i się odezwałem po polsku. Skończyło się prawie polubownie. Chciałem dorwać ciapatego. Był z czterema kolegami, ale za szybko się wycofali.

Monastyry mają prześliczne, w jednym otworzyłem biblię, a tego nawet sam pop pilnujący zrobić nie mógł. Od tej pory chłopaki już mnie nie wpuszczali do świątyń, żeby wojna nie wybuchła. Chociaż jedna taka prawdziwa wybuchła w Górskim Karabachu podczas naszego pobytu. 

Długo  by pisać, ale czas skonkludować. Gruzja jest piękna, tak jak Polska i jeżeli uważacie że jesteśmy narodem gościnnym, bo tak jest, to posmakujcie również gościnności gruzińskiej. Pakujcie się i fru do Gruzji. To tylko 3 godziny lotu.  Gruzini są dla nas bardzo przyjaźni i tym ludziom trzeba też pomóc. Naszą obecnością. Mają dla Polaków serca na dłoni, a wielkie oznaki przyjaźni spotykacie na każdym kroku. Wielki szacun Gruzjo! Madlop!  

Podobne posty

Dodaj komentarz