Blaski i cienie pilotażu

„Najważniejsze, żeby te plusy, nie przysłoniły nam minusów” *

Pamiętam j czasy, kiedy zawód pilota nie był jeszcze zawodem uwolnionym, jak jest ocenie. Trzeba było wtedy nie tylko zdobyć odpowiednie kwalifikacje uczestnicząc w wielomiesięcznym  kursie, ale także zdawać państwowe egzaminy teoretyczne oraz praktyczne.

Teoria, a praktyka

Podczas jednego z takich wyjazdów odbywałem praktykę na wyjeździe do Wilna. Pod czujnym okiem wykładowcy wydarzyło się wiele trudnych sytuacji, stanowiących ciekawe do analizy case’y. To już nie była tylko teoria. Trudne sytuacje zdarzają się naprawdę. 

To, że turyści sobie popiją, czy w hotelu, czy poza, czy w autokarze bywa dość częste i nic jakby
w tym niestandardowego. Ich zachowanie natomiast po spożyciu, to już ciekawostka jak najbardziej indywidualna i zdecydowanie niestandardowa.  Jako pilot miałem okazję zaobserwować, wiele sytuacji życiowych, zarówno śmiesznych, jak i tych, w których nikomu nie było do śmiechu. Tym razem skupię się na przykładzie klientów, którzy nie tylko nadużywali alkoholu, ale zakłócali przebieg potencjalnie zapowiadającej się przyjemnej wycieczki.

W drodze do Wilna, w autokarze egzaminacyjnym (egzaminy praktyczne cz.1) miałem klienta, który jak się później okazało był pacjentem oddziału psychiatrycznego. Początkowo myślałem, że profesor zafundował mi niezłą ustawkę. Może chciał sprawdzić, czy czynny jeszcze do niedawna zawodnik sztuk walki da się wyprowadzić z równowagi od razu, czy odłoży zabijanie kiedy nikt nie będzie widział. 

Gotująca się zimna krew

Sytuacje były bardzo skrajne, od napadów agresji (początkowo myślałem, że pod wpływem alkoholu), krzyków w autokarze, po oskarżenia o kradzież wody mineralnej. Była też nagła z autokaru ucieczka pana z psychą inaczej. Uciekł i nie chciał wrócić. Dogoniłem i uzupełniłem skład wycieczki. Z pozostałymi pijącymi trzeba było wyjątkowej cierpliwości i spokojnych rozmów, aby nikomu się nic nie stało oraz aby panu szaleńcowi nie stała się krzywda. I jeszcze egzamin zaliczyć… Bardzo śmieszne.

Najłatwiej byłoby zawiadomić policje itd. Dla dobra całej wycieczki jednak udało mi się załagodzić na tyle sytuację, żeby dalej zrealizować program. Poszedłem w stronę rozwiązań miękkich, bez rozwiązań drastycznych.  Załapało, a najbardziej to, że „ten” pan po prostu cały czas miał coś do powiedzenia i musiał mówić, mówić, nawet, gdy nikt nie miał ochoty go słuchać. A ja …słuchałem go
i słuchałem i słuchałem.

Empatia

Nawiązałem nić porozumienia. Właściwie nikogo innego nie chciał słuchać, ani profesora, ani kierowców, tym bardziej innych uczestników.  Wszyscy już mieli go dosyć. Był pewien moment na trasie, kiedy można było po prostu pana wysadzić, odstawić do szpitala, ale człowieka momentami było żal. Temat był niezwykle trudny, jak i delikatny. Wdzięczność rodziny, która dowiedziała się po powrocie o wszystkim – bezcenna. 

Jak na egzamin praktyczny życie zafundowało nam niezły przypadek, ale doświadczenie z niego wyniesione procentuje do dziś. Dowiedziałem się jakiś czas później, że ten sam pan zaginął i nie można było odnaleźć go przez niespełna 3 miesiące. Uciekł przed siebie. Znaleziono go na szczęście. Żyje i prawdopodobnie obecnie leczy się w szpitalu. Życzę temu panu jeszcze wielu podróży, tych najzwyklejszych, w naszym rozumieniu – normalnych, być może i one przyczynią się do odszukania  tego, co mamy najcenniejsze – zdrowia.   

  • *wg mnie jeden z cytatów wszech czasów z filmu „Rejs”

Podobne posty

Dodaj komentarz