A serce w RIO…zamarło

Czasami serce zabije mocniej, czasami wręcz zakłuje.

Cele turystyczne

Pewnego razu prowadziłem grupę w Rio de Janeiro i zwiedzaliśmy atrakcje turystyczne, które miasto jest w stanie zapewnić, nawet najbardziej wybrednym. Wśród poszukiwaczy przygód znalazłoby się wielu, którzy nie przyjechali oglądać zabytków. Bliżej im było do roznegliżowanych copacabańskich ciał, z czym trudno polemizować. Zdrowe podejście przynajmniej. Bardzo zdrowe. I dla takich turystów da się. Da się oczywiście zorganizować różnego tego typu atrakcje, nie tylko w okresie karnawału.

Bywają również i tacy turyści, którzy poszukują nieco większych wrażeń. Pomimo ostrzeżeń dają się okraść na ulicy, na plaży, by potem narzekać, jak długo przyszło im na posterunku policji czekać  na zeznania. I do tego policjanci po polsku nie mówią! Skandal międzynarodowy przecież. Polak przyjechał na wakacje i nawet policjant mówiący po polsku ma być w pakiecie.

Zdarzają się także jeszcze lepsi, dla których wspomniane wrażenia, to „dietskij sadzik“. Ci więc żądają czegoś mocniejszego. Tu paleta może być również bardzo szeroka, od udziału w meczu ligowym piłki nożnej począwszy – oczywiście na lokalnej „żylecie“ (trybunie najzagorzałych kibiców), po wizytę w faweli…najlepiej wieczorową porą w garniturze. Nie trzeba nawet scenariusza pisać, aby wiedzieć, jak tego typu atrakcje mogą się zakończyć. A turysta… Myśli, że jak płaci, to wolno mu wszystko.

Atrakcje typowo turystyczne i nieprzewidywalne

Tym razem w RIO mnie czekała inna forma atrakcji, której dotychczas nie doświadczyłem,
w urokliwym miejscu, jakim jest Pao de Azucar, czyli Głowa Cukru. Otóż Pao de Azucar jest flagowym turystycznym miejscem, z którego rozciąga się przepiękna panorama miasta. Wielu przyjezdnych do Rio turystów nie omija tego punktu. Atrakcja z TOP 5.

Brasil, Rio de Janeiro, Pao de Azucar, czyli Głowa Cukru w tle,
z której z kolei widać Corcovado (Pomnik Jezusa Odkupiciela, z którego zrobiłem to ujęcie.

Tę panoramę na Rio chciałem grupie pokazać, a mając wcześniejsze rezerwacje i kupione bilety – sprawnie udało się wjechać wagonikami najpierw na tzw. stację pośrednią.  Po obfotografowaniu tam wszystkiego, co możliwe, wjechaliśmy na najwyższy już punkt Pao, z którego widok wywołuje efekt WOW.  Nie tylko przy pięknej pogodzie, ale również wtedy, kiedy RIO osnute jest kłębami chmur zza których przebijają promienie słoneczne.

Brasil, Rio de Janeiro

Grupa otrzymała czas wolny na indywidualne sesje fotograficzne i kawowo-toaletowe, a kiedy nadszedł czas na zjazdu, nie mogłem się doliczyć jednej osoby. Program napięty, jeszcze mnóstwo do roboty, atrakcji więcej, niż czasu, a tu brakuje jednej osoby – starszego pana lat 75+. No cóż ludzie czasami się spóźniają, choć raczej nie u mnie.

Poprosiłem grupę o chwilę cierpliwości i pobiegłem przeszukać kilka miejsc-pewniaków typu punkty widokowe, bar, sklepik, wszystko to w zasięgu ręki. W zasadzie pozostały już tylko kible więc zaatakowałem i te. Na mój poszukiwawczy odgłos paszczą odezwał się tylko Niemiec, do którego niechcący chciałem wejść, ale usłyszałem gromkie NEIN !!! NEIN !!! i delikatnie na bezdechu, jak przez „miny“ wycofałem się.

Mojego sympatycznego pana niestety nie znalazłem. W damskich toaletach też go nie było, ale były za to Brazylijki :), które wcale się mnie nie wystraszyły, jak ten Niemiec. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jakby oczekiwały ode mnie czegoś więcej, były jakby bardziej, niż Niemiec otwarte. Co za kraj! Być może oczekiwały nawet większego zaangażowania z mojej strony, które to niestety musiałem odłożyć na wieczne nigdy, bo cel tym razem przyświecał mi wyższy. Wróć, nie wyższy – równie ważny.

Żarty się skończyły

Poszukiwania trwały, no i zaczęło się nerwowo, ponieważ nie było już miejsc, w których mógłbym zgubę znaleźć, a ta nadal nie pojawiła się w miejscu zbiórki. Nie było innych przejść poza zamkniętą furtką dla personelu prowadzącego do lasu.

Plan B był prosty – poprosiłem lokalnego partnera o zjazd kolejką z grupą na stację niżej, a ja po 5 min miałem ich dogonić. Niestety u mnie na górze bez zmian. Wiedziałem już kogo szukać, wiedziałem jak mój Pan był ubrany, więc zapytałem na górze ochronę, czy może takowego nie widzieli, ale bez skutku. Na stacji kolejki poniżej, bez sukcesu. Była szansa, że zjechał na sam dół, chociaż nie było takich dyspozycji, ale każdą wersję trzeba było brać pod uwagę.

Na dole też d…

Udałem się do ochrony. Poprosiłem o przegląd monitoringu, opisałem sytuację i zacząłem się poważnie obawiać czy przypadkiem…nie spadł ze skały. Różnie przecież może być. Byli alpiniści, można było ich podziwiać, ale nie wiadomo co komu do głowy przyjdzie. Mojej towarzyszce z Brazylii omal serce nie zamarło i dobrze że omal, bo miałbym trochę więcej na głowie. Miałem nadzieję, że dziwne myśli o innej formie zejścia w dół ominęły mojego sympatycznego ponad 70-latka. Ochrona go nie znalazła! Mój pan-mistrzu wykiwał nawet ochronę. Polak! Dumny byłem. A tak serio – wtedy bardzo martwiłem się o niego i byłem bardzo zdenerwowany.

Plan C uzgodniony z lokalesami. Jeden zostaje z ochroną i szuka, drugi śmiga realizować program, bo polskie paxy zaczęły mieć już muchy w nosie, że przez jedną osobę nie zobaczą tego i tamtego…
I jakoś nikt się nie zmartwił, czy może coś się stało starszemu panu.

Po pół godzinie nawarstwiającej się siwizny na mojej głowie i poszukiwaniach wspomaganych monitoringiem, odezwała się krótkofalówka z góry. Tej góry. Opis poszukiwanego osobnika się zgadzał. Jeeest! Cały i zdrowy. Ufff. Biedny pan, nie tyle zabłądził bo tam nie ma jak zabłądzić, ale jednak….wszedł uchyloną furtką dla personelu, nie przeczytał po portugalsku, że nie wolno i poszedł za małpą skaczącą po drzewie, bo chciał ją zobaczyć ją bliżej i cyknąć zdjęcie.

Potem, jak mu uciekała szedł dalej, ale zreflektował się i spojrzał na zegarek, który mu…stanął. Popukał. Nic. Zaczął wracać, ale to już było długo po zawodach, więc jak tylko pojawił się w okolicach kolejki ochroniarze go złapali, na glebę, wykręcili ręce, kolanem w kręgosłup, skuli go — wróć, żartowałem, poniosło mnie, to nie kryminał. Ochroniarze ucieszyli się i zaopiekowali panem, a ja jeszcze bardziej, że jest cały i zdrowy. Ja mnie zobaczył to jego szczęście było…bezcenne. Moje również. Zjechaliśmy w dół, szybko do taksówki i dołączyliśmy do grupy.

Powitanie po polsku

Kiedy dołączyliśmy do grupy, to chcieli go powiesić przed katolicką katedrą, gdzie się spotkaliśmy. Polska empatia, uczynność, serce na dłoni, choć przed chwilą oglądali fotel naszego papieża, z czasów jego pielgrzymki do Rio oraz jego pomnik… Dobrze, ze nasz kochany papa tego nie słyszał. Smutne.  

A zagubiony pan? Naprawdę sympatyczny. W ogóle super człowiek. Lubi podróże i znaleźliśmy super wzajemną nić sympatii. Właściwie spory kłębek. No i staruszek, który kondycyjnie niejednego by prześcignął. W tym wieku codziennie robi jeszcze 10 pompek !!! Do dziś mam z nim kontakt. Wysyłam mu widokówki ze świata, a on mi listy i zawsze zaczyna „Mój drogi przyjacielu”, czyż nie urocze?

♥️

Pomimo, iż serce w RIO można byłoby zostawić na plaży, to tym razem przeznaczenie zdecydowało inaczej. Poznałem wspaniałego człowieka, który nie pierwszej młodości, po wielu życiowych perturbacjach odważył się samotnie podróżować, . Serce moje prawie zamarło, ale później otworzyło miejsce dla wspaniałego kompana o imieniu Witek. Dziękuję, że miałem okazję Cię poznać przyjacielu i do zobaczenia nad naszym polskim morzem. Ty wiesz gdzie :).

Podobne posty

Dodaj komentarz